Posłuchaj mojego podcastu!
O czym tym razem?
Była rozchwytywanym instruktorem. Depresja i ataki paniki ją zatrzymały. Wróciła do klientek… i branża na tym zyskała

Wiesz co, są takie rozmowy, po których siedzę przy komputerze i myślę: kurczę, wow! Ta jest właśnie taka. Moją gościnią w 153. odcinku jest Sabina Bryła, założycielka Sparkle Lashes — kobieta, którą kiedyś znałam jako jedną z pierwszych instruktorek w Polsce, do której faktycznie chciało się jechać na szkolenie, bo ona naprawdę pracowała z klientkami, a nie tylko o tym opowiadała.
I teraz, po latach, dowiaduję się, że już nie szkoli. W ogóle. Zaskoczyła mnie na maksa, jak sama usłyszysz.
Rozmawiamy o alergiach i nadwrażliwości na produkty do stylizacji rzęs — temat, który w naszej branży ktoś zawsze traktuje trochę po macoszemu, aż do momentu, w którym dotyczy jego klientki. Mówimy o serum, o składach klejów, o tym, co naprawdę oznacza słowo „alergia”, a czego nie oznacza. I mówimy też, wiesz, o rzeczach mniej efektownych, ale równie ważnych — o karcie klienta, która potrafi cię uratować, i o stoliku do pracy, który powstał, bo mata masująca kompletnie się nie sprawdzała…
Ale to, co najbardziej mnie w tej rozmowie poruszyło, zdradzę ci tylko częściowo tutaj. Resztę usłyszysz w odcinku.
Kim jest Sabina i skąd wzięło się Sparkle Lashes
Sabina pracuje z klientkami od ponad dekady, a razem z mężem od dziewięciu lat prowadzi markę Sparkle Lashes. I wiesz co, ta historia mi się bardzo podoba, bo ona nie zaczęła się od pomysłu na biznes, tylko od bycia instruktorką pod marką LashLash — stamtąd Sabina zbudowała swoją kadrę instruktorską, stamtąd wzięła doświadczenie, a dopiero później, razem z mężem, postanowiła zrobić coś odrębnego. Choć, jak sama zaznacza, dalej współpracują z marką LashLash.
Dziś to nie jest tylko kadra instruktorska. To całe zaplecze: serum EesterLash, stoliki LashTable i LashTable Pro, organizery, Lashboxy i aplikacja LashbookPro do prowadzenia dokumentacji klientek. A co najciekawsze produkowane w Wieliczce, nie zamawiane z Chin. To się szanuję.
Dlaczego przestała szkolić
Tu robi się ciekawie, bo to nie jest historia typu „znudziło mi się”. Sabina mówi wprost, że na rynku szkoleniowym jest dziś straszny przesyt, i szczerze nie wie, czy chce jej się o tego kursanta walczyć.
Przesyt na rynku
Norma w branży wygląda tak: ktoś zaczyna kleić rzęsy, robi to ledwo, ledwo, i po chwili już idzie na instruktora. A instruktor to wciąż ten mityczny szczyt zawodowy, prawda? Sabina, mimo że sama jest w branży ponad dekadę, już nie szkoli. Z wyboru
„Nie będę wchodzić drugi raz do tej samej rzeki”
To zdanie zapadło mi w pamięci. Bo ona nie odcięła się od szkoleń raz, jednym cięciem. Próbowała wrócić. Nie raz. I za każdym razem było gorzej, nie lepiej. Aż w końcu stwierdziła, że tyle wystarczy — i skupiła się na klientkach oraz na produktach.
Depresja, nerwica lękowa i ataki paniki — historia, o której rzadko się mówi w branży
Tu muszę cię uprzedzić, że to jest mocny fragment rozmowy. Bardzo osobisty. I bardzo, bardzo prawdziwy.
Trzy lata bez wolnego dnia
Sabina miała okresy, w których prowadziła po 30 szkoleń miesięcznie. Do tego klientki w tygodniu. Przez trzy lata nie miała ani jednego wolnego dnia. Wszystko po to, żeby każdy — kursantka, klientka, kto tylko chciał — był zadowolony.
Nie wypalenie. Przepalenie
Sama tak to nazywa i wiesz co, uważam, że to jest bardzo trafne słowo. Bo wypalenie brzmi jak coś, co przychodzi powoli. A przepalenie to jest coś, co się wali nagle, kiedy już dawno powinno się zareagować. Ignorowała sygnały z ciała tak długo, że nawet zasypiając, planowała sobie kolejne zadania. Dopiero ataki paniki otworzyły jej oczy na to, że coś jest naprawdę nie tak.
Zadowalanie wszystkich zamiast siebie
Powiem ci, że w tym momencie rozmowy poczułam coś w rodzaju déjà vu, bo to jest tak znajomy mechanizm w naszym zawodzie. Sabina przyznaje, że przez lata nie miała w sobie asertywności — brała każdą osobę, która chciała przyjść, bo chciała zadowolić wszystkich. I ten sam mechanizm powtórzył się później przy Sparkle Lashes — na sto opinii dziewięćdziesiąt osiem było dobrych, a ona i tak skupiała się na tych dwóch złych.
Śmierć babci jako moment, w którym przelała się czara goryczy
To był punkt, po którym nie było już odwrotu. Sabina opiekowała się babcią razem z rodziną, w domu, aż do jej śmierci — i to właśnie wtedy, jak sama mówi, musiała w końcu poprosić o pomoc. Wcześniej się przed tym broniła. Wiesz, ten klasyczny schemat: sama sobie poradzę, po co komuś obcemu mówić o swoim życiu.
Jak ocenia siebie dzisiaj
Zapytałam ją wprost, w skali od jednego do dziesięciu, jak się dzisiaj czuje. Odpowiedziała: solidne osiem. I to nie jest tak, że usiadła sobie wygodnie i już nic nie robi w tym kierunku — powoli, malutkimi krokami wychodzi ze swojej strefy komfortu. Zaczęła jeździć na targi, na konferencje. Od lutego chodzi na siłownię.
Zaznaczyła jednak coś, co bardzo mnie ucieszyło usłyszeć na głos, bo sama to powtarzam od dawna: nie każdy musi być liderem albo mówcą. Ona potrafi nagrać live na Instagramie, ale stanąć przed publicznością twarzą w twarz? To już przekracza jej próg komfortu, i uważa to za w pełni w porządku. Właśnie tak to widzę — każdy ma swoją ścieżkę, a to, że w branży panuje niepisany wymóg, że wszyscy powinni gdzieś występować i się pokazywać, wcale nie oznacza, że to jest jedyna droga.
Nowy kierunek, o którym na razie milczy
Sabina zapowiedziała nowy zabieg, w który zaczyna wkładać energię. Wiem tylko tyle, że dotyczy całego ciała, nie jest permanentny i na razie zostaje jej tajemnicą, bo nie chce nic ogłaszać przed czasem. Jedno jest pewne: to nie jest pożegnanie z rzęsami. To ma być odskocznia, coś obok, a nie zamiast.
Alergia czy nadwrażliwość? To rozróżnienie, które zmienia wszystko
I teraz przechodzimy do sedna tej rozmowy. Bo w dzisiejszym świecie to słowo — alergia — rzuca się bardzo lekko. Ktoś kichnie i już jest uczulony. Ktoś kaszlnie i już ma alergię na pyłki.
Kto właściwie może to zdiagnozować
Alergia jest rodzajem nadwrażliwości, ale nie każda nadwrażliwość jest alergią. I to lekarz musi to zdiagnozować, nie my, nie klientka na własną rękę. Sabina, zanim wprowadziła serum eesterlash na rynek, poszła na konsultacje do prof. Ewy Czarnobilskiej — wykładowczyni z UJ, kierowniczki katedry toksykologii, prowadzącej własny gabinet alergologiczny. Nie po to, żeby ktoś jej pokiwał głową. Po to, żeby dowiedzieć się prawdy.
Co naprawdę siedzi w tych klejach
Chodzi głównie o tak zwane ulepszacze sieciowania: poliizocyjaniany, N-metylopirolidon, bezwodnik ftalowy, bezwodnik maleinowy. To one najczęściej stoją za reakcjami. I to właśnie te dodatki znajdują się w klejach z niższej półki — tych, które działają w każdej temperaturze i wilgotności, ale za to śmierdzą najmocniej.
Dlaczego dziś alergii jest więcej, mimo lepszych produktów
To mnie osobiście uderzyło w tej rozmowie. Bo kleje są dziś jakościowo dużo lepsze niż kilkanaście lat temu, a mimo to reakcji jest więcej, nie mniej. Może wiązać się to z tym, że nasze układy odpornościowe są dziś po prostu osłabione — przez jedzenie, przez leki, przez to, co druga osoba dziś ma Hashimoto albo inne popularne schorzenie, o czym kilkanaście lat temu prawie nikt nie słyszał.
Serum EesterLash — czym naprawdę jest i czym nie jest
Dwie konsultacje profesorskie, zanim produkt trafił na rynek
Zanim Sabina cokolwiek wypuściła, dwa razy siedziała w gabinecie u prof. Czarnobilskiej z całą dokumentacją składu. I wiesz, uwielbiam tę scenę, którą opowiada — jak profesor przegląda skład, kręci głową, a Sabina w duchu już się żegna z produktem. A tam chodziło tylko o jeden składnik.
Polisorbat 80 i historia, o której mało kto mówi
Ten jeden składnik to polisorbat 80 — konserwant, który był też stosowany w szczepionkach Pfizer przeciw COVID-19. Od czasu masowych szczepień więcej osób zaczęło na niego reagować, a osoby zaszczepione tym preparatem są bardziej narażone na reakcję również przy kontakcie z serum. Dlatego w ulotce znalazła się jasna informacja o tym składniku. Bez owijania w bawełnę.
Bloker, nie kocyk
Chciałam ci to bardzo mocno podkreślić, bo to jest różnica, która realnie wpływa na bezpieczeństwo. W branży krążyło przekonanie, że serum działa jak kocyk — otula alergię, maskuje ją, a stan zapalny rozwija się dalej w organizmie. Sabina mówi jasno: to nieprawda. Serum działa jako bloker. Alkohol w składzie uszkadza płaszcz hydrolipidowy skóry — dokładnie tak samo jak w lekach, które przepisuje alergolog — po to, żeby składniki aktywne dotarły głębiej i zbudowały barierę ochronną, zanim stan zapalny w ogóle się rozwinie.
A wstrząs anafilaktyczny?
Do tego dochodzi tylko wtedy, gdy substancja zostaje połknięta albo wstrzyknięta, nie przy kontakcie przez skórę czy drogą oddechową. To jest informacja, którą warto po prostu zapamiętać, bo naprawdę porządkuje w głowie temat, który zwykle budzi więcej lęku niż wiedzy.
Jak stosować serum, żeby to miało w ogóle sens
Samo serum nie wystarczy
Powiem ci wprost, bo to jest błąd, który — jak podejrzewam — popełnia sporo stylistek. Kupujesz serum, ale zostajesz przy tym samym kleju, który ma w sobie te wszystkie dodatki, o których mówiłyśmy wyżej. Sabina jest w tej kwestii jednoznaczna: jeśli klientka już raz zareagowała, trzeba zmienić klej, nie tylko dołożyć serum. Kleje Sparkle Lashes są zaprojektowane pod kątem współpracy z serum, więc to jest naturalne rozwiązanie.
UV jako dodatkowa poduszka bezpieczeństwa
Jeśli zależy ci na jeszcze większej pewności, kolejnym krokiem jest metoda UV — kleje stosowane w tej technologii w większości nie mają w sobie tych problematycznych dodatków sieciujących.
A kiedy po prostu trzeba odesłać do lekarza
Jeśli klientka zareagowała więcej niż raz, na różne kleje, to nie ma co próbować dalej na własną rękę. Trzeba ją odesłać do lekarza, niech sprawdzi, co się naprawdę dzieje. Nie ma sensu ryzykować.
Jak mówić o tym uczciwie — do stylistek i do klientek
Dlaczego Sabina nigdy nie napisze „produkt na alergię”
I to jest coś, co bardzo cenię w tej rozmowie. Sabina świadomie unika słowa „alergia” w opisie serum — ani w social mediach, ani nigdzie indziej. Bo nie chce brać na siebie odpowiedzialności za to, że ktoś ze zdiagnozowaną alergią pomyśli, że kosmetyk zastąpi mu leczenie. Kiedy widzi gdzieś treść, która błędnie łączy jej serum z alergią, poprawia to albo w ogóle nie udostępnia.
Objawy zamiast diagnoz
Zamiast mówić klientkom „masz alergię”, Sabina radzi mówić o konkretnych objawach — opuchliźnie, swędzeniu po zabiegu, uczuciu ciała obcego w oku — i po prostu zapraszać taką osobę na konsultację. Tak, mniej to „sprzedaje”, jak sama przyznaje. Ale jest uczciwe. A to dla mnie zawsze wygrywa.
Ciemna strona forów
Kiedy serum weszło na rynek, Sabina przez dwa tygodnie była, jak to ujęła, mieszana z błotem. Na forach pojawili się nagle eksperci od składów — dietetyczki, mechanicy, wszyscy nagle wiedzieli lepiej. To brzmi znajomo każdemu, kto kiedykolwiek coś wypuścił do naszej branży, prawda? Ona jednak zagryzła zęby i nie pozwoliła, żeby to ją zjadło.
Dlaczego steryd to nie jest odpowiedź
W komentarzach ktoś podpowiadał klientkom deksametazon i inne sterydy bez recepty. Sabina zdecydowanie się od tego odcina. Kortykosteroidy nie bez powodu są na receptę, a ich długotrwałe, niekontrolowane stosowanie może prowadzić nawet do utraty wzroku. To nie jest coś, czym się żongluje jak cukierkami.
Narzędzia, które naprawdę porządkują pracę
LashTable Pro, czyli jak niewygodna mata zmieniła się w projekt męża
Uwielbiam tę historię. Sabina od zawsze dbała o komfort klientki, bo wiedziała, że im mniej ta się rusza, tym szybciej ona kończy pracę. Problem był banalny — na macie masującej wszystko jej się przesuwało, nie mogła utrzymać stabilnie holdera. Szukała czegoś małego, kompatybilnego z niewielką przestrzenią w salonie, i nigdzie nie mogła tego znaleźć. Więc jej mąż poprosił kolegę stolarza o pierwszy prototyp. Dziś to już zupełnie inna liga — otwarta konstrukcja z obu stron, żeby pasowała zarówno prawo-, jak i leworęcznym stylistkom. A LashTable Pro to już w całości wizja jej męża: szuflady dopasowane głębokością do kasetek rzęs i miejsce na lampę, żeby nie zajmowała blatu.
Lashboxy i organizery, które nie pochodzą z Chin
Podobna historia jest za Lashboxami. Sabina po prostu nie mogła znaleźć rozwiązania, które pozwoliłoby jej trzymać kilkadziesiąt holderów obok siebie, bez odkształcania rzęs przy układaniu jednego na drugim. Dziś marka produkuje zarówno klasyczne Lashboxy z pleksi, jak i modele drukowane na drukarce 3D, w różnych kolorach i wzorach. I to wszystko powstaje w Wieliczce.
Materac zamiast maty
Sabina korzysta dziś głównie z materaca Cloud 3.0, choć mata masująca wciąż jest w użyciu, jako dodatek — punktowo, na konkretną partię ciała, w zależności od tego, czego klientka akurat potrzebuje.
Lashbook Pro, czyli kartka, która potrafi cię uratować
To nie jest formalność, to jest twoja ochrona
Tutaj Sabina powiedziała coś, co powinna sobie zapisać każda stylistka. Karta klienta w Lashbook Pro — działającym jako plik PDF otwierany w darmowej aplikacji Flexcil — to nie jest papierek dla zasady. Prawnicy, z którymi Sabina rozmawiała na konferencjach i podczas live’a na Instagramie, powtarzają jedno: musi istnieć udokumentowane porozumienie między stylistką a klientką. Inaczej, w razie sporu, zostaje ci tylko słowo przeciwko słowu.
Co dokładnie w tym jest
W środku znajdziesz kartę z przeciwwskazaniami, oświadczenia — w tym o braku roszczeń przy reakcjach na tle hormonalnym — informacje zgodne z RODO i dane administratora danych osobowych. Do tego pełne parametry aplikacji: klej, skręt, grubość, długość, linię rzęs, miejsce na rozrysowanie modelowania. Jest też osobna, krótsza tabelka do szybkiego zapisu przy kolejnych wizytach, żeby nie trzeba było przeszukiwać całej karty za każdym razem. Do tego zdjęcia przed i po.
Historia z ukąszeniem w nogę
To jest mój ulubiony fragment tej części rozmowy. Klientka, u której trwałość aplikacji nagle się posypała, choć wszystko robiła prawidłowo. Okazało się — zupełnie przypadkiem, przy okazji rozmowy podczas innefgo zabiegu — że w górach ukąsił ją owad, a lekarz przepisał maść z antybiotykiem na nogę. Na nogę, nie na oczy. A mimo to wpłynęło na trwałość rzęs. Widzisz, jak łatwo o tym zapomnieć, jeśli nie pytasz o wszystko przy każdej wizycie?
Pięć lat
I na koniec ważna informacja formalna: dokumentację klientki trzeba przechowywać przez pięć lat od jej podpisania. Wersja elektroniczna, na dysku Google, zajmuje przy tym naprawdę niewiele miejsca.
Co dziś najbardziej niepokoi Sabinę
Zapytałam ją na koniec, co po tylu latach w branży martwi ją najbardziej. Odpowiedź? Bezmyślność. Traktowanie pewnych rzeczy jako oczywistych, bez zastanowienia. Wiele stylistek skupia się wyłącznie na finalnym efekcie — na wiralowym wzorze, na tym, jak to wygląda na zdjęciu — a zapomina o tym, co jest równie ważne: o wywiadzie, o odpowiedzialności za bezpieczeństwo klientki od początku do końca, nie tylko za estetyczny rezultat.
Dlaczego naprawdę warto tego posłuchać
Ten odcinek to jedna z tych rozmów, które zostają na dłużej. Łączy się w niej osobista historia wypalenia — a właściwie przepalenia — z konkretną, praktyczną wiedzą o alergiach, nadwrażliwości i odpowiedzialnym stosowaniu produktów w gabinecie. Sabina dzieli się czymś, co rzadko słyszy się przy okazji rozmów o kosmetykach czy sprzęcie: pełną odpowiedzialnością za to, co się mówi i sprzedaje. Całej rozmowy — ze wszystkimi szczegółami, których tutaj nie zdążyłam opisać — posłuchaj w odcinku.
Buziaczki, pa.
Posłuchaj w swojej ulubionej aplikacji!
Bywam w social media




